Etykiety

Można inaczej (3) Słowo nie na temat (1) Zmienić myślenie (6) Zrozumieć dziecko (9)

Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zmienić myślenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zmienić myślenie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 października 2014

Klaps boli!

              
  Kiedy pielęgniarka przyniosła mi córeczkę i zostawiła nas same... abyśmy mogły się poznać, stałam się mamą. Mamą, którą przepełniła ogromna troska, lęk i odpowiedzialność. I miłość. Jednak w pierwszych chwilach te (powtórzę) pierwsze uczucia były znacznie silniejsze od miłości. Patrzyłam na córeczkę z zainteresowaniem. Taka malutka, bezbronna, zależna całkowicie od tego co zrobię. Co z nią zrobię. Nowa droga nowego człowieka... W tym momencie mogła stać się każdym. Mogła być prezydentem, aktorką, naukowcem. Mogła być grzeczna lub nie. Mogła być dobra lub nie. Mogła być wrażliwa, sprawiedliwa, tolerancyjna... lub nie.
            Świadomość, że to wszystko będzie zależało tylko ode mnie, szczególnie poprzez moje pierwsze działania w ogóle mnie nie przerażała. Napełniła dumą, że mam okazję stworzyć człowieka. Czynnik charakteru brałam pod uwagę, oczywiście... znając mnie i jej tatę podejrzewałam, że charakter córki do najłatwiejszych należeć nie będzie ale to ja będę tworzyć, lepić, stymulować, kochać i opiekować się. I podjęłam decyzję patrząc na to malutkie, bezbronne dziewczę – moje dziecko będzie szczęśliwe. Do głowy mi nie przyszło, że jako karę podczas nauki podejmowania właściwych rozwiązań, nauki właściwych zachowań i pokazywania norm społecznych zastosuję klapsa. Zastosuję bicie. No jakże tak?
           Z dumą mogę stwierdzić, że wychowałam radosne dziecko, które ma do mnie pełne zaufanie. Owszem, stosuję kary ale więcej tłumaczę, pokazuję... mimo że – jak podejrzewałam – musi się sama nauczyć na własnych błędach, bo nie uwierzy... ale jest dobrze wychowana. Przy ludziach wstydu nie robi. Jest wrażliwa, opiekuńcza, troskliwa, pomocna... szalona, radosna, zabawna... twórcza z duszą artystki... Jest moja i „swoja”. Jest rozpieszczona – nie rozpuszczona – rozpieszczona, bo uważam, że miłości i czułości nie może być za dużo. Nie miałam problemu z zostawieniem małego szkraba w przedszkolu – pomachała mi rączką i poszła w nieznane ufnie trzymając za rękę wychowawczynię. Nie miałam problemu z pozostawieniem dziecka w szkole – ufnie i radośnie patrzyła w przyszłość i swoją karierę ucznia. Z czasem okoliczności i rówieśnicy, którzy są różni wycisnęli w jej ufności piętno... że jednak nie wszystko jest takie piękne, i sprawiedliwe, i dobre ale potrafi radzić sobie z sytuacjami stresowymi. I ma mnie. Mamę, która nie skrzywdzi, nie obrazi, nie poniży, pożartuje, wyściska, poradzi i doradzi... 

           I jeśli ktoś mi mówi, że wychowanie bez klapsa to wychowywanie bezstresowe, że takie dzieci potem wsadzają kosz na głowę nauczycielowi i rodziców wkopują pod łóżko to pukam się w głowę. Rozejrzyjcie się. Które dziecko jest agresywne, podłe, sprawiające trudności wychowawcze? Na pewno nie to, które nie jest bite. Największe kłopoty sprawiają dzieci, które już jako maluch muszą zaciskać pięści w obronie przed dorosłymi. Te, które nie mają azylu w postaci rodzica. Te, które się boją, te którym sprawia się ból. To one potem krzywdzą słabszych od siebie ludzi i zwierzęta. 

          Oczywiście, że nie każde z nich... ale wiele... Taką skrajność przedstawiłam aby pokazać, że to nie te dzieci wychowywane bez agresji są problemem. Wychowywane dzieci, nie hodowane...

            I teraz, Drogi Rodzicu, pomyśl... czy temu Twojemu, mniejszemu od Ciebie dziecku potrzebny jest ból kiedy coś źle zrobi? Czy nie wystarczy groźna mina lub zwrócenie uwagi gdy przewinienie nie jest zbyt wielkie? Czy nie wystarczy tłumaczenie i mówienie o konsekwencjach jego zachowania? Dlaczego dajesz klapsa dziecku, które dopiero się uczy życia, które być może kogoś naśladuje, które być może ma zły humor bo tak jak Ty jest człowiekiem? Ono Cię nie bije jak Ty masz zły humor, jak Ty stłuczesz szklankę czy zgubisz klucze... 
      Po co to robisz, Rodzicu? Chcesz wyładować swoją złość sprawiając ból swojemu dziecku? Nie kochasz swojego dziecka? Czy nie umiesz inaczej wychowywać? Nie bij, klaps jest zły... klaps boli... I nie mów, że klaps to nie katowanie... boli...

środa, 20 listopada 2013

Nie taki GENDER straszny jak go malują


            Po pierwsze co to jest GENDER. W najprostszych słowach to jest określenie płci kulturowej. Nie mężczyzna lub kobieta, ale płeć kulturowa. Ten twór, obecny ostatnio w polskich mediach, to nic innego jak zwracanie uwagę na to, że to jaki jest chłopiec i dziewczynka, kobieta i mężczyzna i to jaką mają misję w społeczeństwie do spełnienia, to wynik wychowywania. Albo lepiej - narzucania im tej roli przez myślenie społeczeństwa.
            A teraz przykłady, po których każdy się zastanowi i przyzna rację GENDER, że coś w tym jest. Dziewczynka jest grzeczna... Taaa... na pewno... Dziewczynka nie powinna się brudzić, brzydko pisać, mieć bałaganu koło siebie, na sobie i w sobie... Taaaa... nie powinna. Powinna bawić się lalkami... noooo... Każda kobieta musi być matką. Każda kobieta powinna sprzątać, gotować, prać i dbać o męża bo mąż to jej wizytówka. Jak brudny mąż to żona flejtuch... brak słów po prostu.
            Chłopiec powinien być sprytny, a prawdziwy chłopak to urwis. Może brzydko pisać. Może gadać na lekcjach i nie mówić dzień dobry. Każdy chłopiec powinien konstruować. Chłopiec jest dobry z matematyki. Chłopiec nie powinien bawić się lalkami... i tak dalej... strach się bać co powinien a co nie. Mężczyzna nie powinien pokazywać wszem i wobec, że słucha żony. Mężczyzna powinien umieć naprawiać. Mężczyzna nie może chodzić w różowym sweterku. Powinien zasadzić drzewo i spłodzić syna. Mężczyzna nie myje „garów”. Mężczyzna utrzymuje dom... i?
           Przykładów mogłabym sypać w nieskończoność. Każdy wie, każdy ma w głowie jaki jest chłopiec/ mężczyzna a jaka dziewczynka/ kobieta. Uczymy się tego od piaskownicy gdzie kiedy chłopiec sypie piaskiem i łazi po drzewach jest traktowany z uśmiechem a dziewczynka robiąc to samo jest upominana, że niegrzeczna niby. Chłopiec biega do upocenia i ubrudzenia a dziewczynka ma siedzieć lub wolno się poruszać i ładnie wyglądać. I jak w kawale: mężczyzna gruby i rozczochrany chodzi po świecie pewny siebie i swojej anielskiej urody a kobieta w takim samym „stanie” przemyka nieśmiało po ulicach bojąc się przejrzeć wystawach sklepowych.
            A GENDER zwraca uwagę na to, że takie naciski i takie ukierunkowywania ze względu na płeć są popełniane na nas i na naszych dzieciach każdego dnia. Nie chodzi o to, żeby zamienić dziewczynkę w chłopca i na odwrót ale żeby dać ludziom, bez względu na płeć, taką samą szansę rozwoju i realizowania siebie. Według chęci, nie łamiąc charakteru i nie zawstydzając. Niech się mały facecik pobawi konikiem różowym jak mu się podoba a dziewczynka niech sypnie piaskiem sobie we włosy bez konsekwencji. Niech mężczyzna pozmywa naczynia a kobieta powbija gwoździe gdzie potrzebuje kiedy tak chcą. Niech kobieta nie zostaje matką jeśli nie chce a mężczyzna niech sobie zapuszcza długie włosy kiedy mu się tak podoba... I tak dalej, i tak dalej. Oto cały GENDER. Według mnie – słuszna sprawa. Według was – jak sobie chcecie.

A to co się dzieje w przedszkolu, którego przykład przytaczany jest w wielu wywiadach z przeciwnikami GENDER... nie wiem, nie znam, nie widziałam i to chyba nie ma nic wspólnego z tym o czym piszę. Jacyś rodzice swoje dzieci do tego przedszkola prowadzą więc tam musi być drugie dno, jakieś inne przesłanie w tych zajęciach zmieniających dziewczynki w chłopców a chłopców w dziewczynki. Nie wiem... nie wypowiem się. GENDER to to o czym ja Wam napisałam.

sobota, 31 marca 2012

NIE MA DZIECI, SĄ LUDZIE



Cały internet "huczy" na ten temat, strony z wiadomościami "Bić czy nie bić?", Dorota Zawadzka, stronka Rzecznika Praw Dziecka i Roku Korczaka... Kto wie co to znaczy? Tak naprawdę...? Wcale nie o to, że nie ma dzieci, bo dzieci są i będą razem z całym swoim dziecięcym światem i rozumowaniem. Uwielbiam Korczaka, który te słowa powiedział, a gdyby nie on, to ja bym je wypowiedziała. Te słowa mówią, abyśmy przestali kojarzyć z dzieckiem infantylizm, głupotę, nieporadność, niedojrzałość...Te słowa oznaczają, że dziecko ma takie sama prawa do traktowania go jak człowieka dorosłego. Do traktowania go z szacunkiem i poważnie... ktoś pewnie powie, że tak są traktowane a nawet czasem lepiej, ale niestety... są traktowane przez nas – dorosłych, z lekceważeniem. Jeśli dziecko to mała, słodka, śliczna dziewczynka to świat się przed nią kłania i otwiera, jeśli natomiast to chłopiec w wieku około 10 lat – doznaje taki człowiek upokorzeń i poznaje co to lekceważenie przez prawie cały swój dzień. Mam nieodparte wrażenie, że to my – dorośli w dużej mierze przyczyniamy się do upadku autorytetu dorosłego, a nie sam fakt dorastania. Dorosły = przewaga. Przewaga oznacza władzę, a władza bywa różna. Wiemy o tym podświadomie, mamy przecież szefów, którzy są fer lub nie są fer. Szanujemy tylko takich, którzy podchodzą do nas z szacunkiem natomiast takich, którzy wykorzystują swoją przewagę dla udowodnienia nam, że racji nie mamy, bo szef ma zawsze rację – nie cenimy i cenić nie będziemy. I tak jest z dziećmi. Problemów wychowawczych nie mam ani z własnym dzieckiem, którego nie biję i nie obrażam...ba, nawet pozwalam ze sobą dyskutować, ani nie mam we własnej klasie nie krzycząc, nie obrażając i nie zastraszając. Traktuję je poważnie i dotrzymuję słowa, pozwalam się przyznać do błędu i daję takie samo prawo sobie. Zachęcam do przeczytania pierwszej części postu „Złość” http://agnieszkafigiela.blogspot.com/2012/02/za-jestem-na-dorosych.html, w którym piszę o zachowaniu dorosłego w stosunku do dzieci, które są mniejsze. W stosunku do piętnastolatka by się tak nie odezwał – już nie taka przewaga. Przykładów na zachowanie dorosłego w stosunku do dziecka - „nieczłowieka” mam masę.

Wyobraźcie sobie Państwo, nasi chłopcy wracali do domu po lekcjach... i jak to chłopcy... po chodniku i prostą drogą iść jest zbyt trudno, więc po murkach chodzili, posprawdzali wytrzymałość tego i owego, i w ogóle jakoś tak zygzakiem wracali (pamiętam swoje powroty po lekcjach, aaaaach). Dopadł ich nieznajomy, starszy człowiek, który kazał im iść za sobą, napakował im gruzu do plecaków i kazał to nosić. Gruzu tym chudzinom nawrzucał na książki, piórniki i w takiej ilości, że Kacprowi plecak się zerwał z ramienia. Zmroziło mnie gdy to usłyszałam. Matko, te sierotki moje, u których dorosły ma ogromny autorytet, poszły za tym człowiekiem jak baranki... gruz to najlepsza rzecz, którą zrobił, bo mógł zrobić coś znacznie gorszego! Zdenerwowałam się strasznie i zaczęłam lekcje „Samoobrona przed dorosłym”. Sami się czasem proszą o brak szacunku.

A pani na basenie? Bardzo brzydko potraktowała moje dzieci, które chciały odzyskać pieniądze „zjedzone” przez automat – nie chciały z kieszeni owej pani wyciągnąć, ale prosiły aby zapisała ile i właściciel miał oddać przy najbliższej okazji...no cóż. Brak kultury pani z okienka zmusił mnie do pokazania dzieciom jak w sposób kulturalny lecz stanowczy postawić na swoim (niestety pomogło mi też to, że jestem dorosła),a pani pokazałam jak należy się zachowywać w stosunku do dzieci. O ile zapamięta... nie wierzę, aby w swoim zachowaniu widziała coś złego, niestety.

Jeszcze inna sytuacja, w której nie zdążyłam zareagować i do tej pory nie mogę sobie darować (często staję w obronie słabszych lub niesprawiedliwie potraktowanych przez co się narażam zawsze – taki brak instynktu samozachowawczego). Sytuacja taka: pani ekspedientka przy kasie kasuje moje zakupy, a za mną stoi dziecko z jednym jedynym batonikiem. Pani mnie skasowała, zapłaciłam i temu dziecku przed nos: bach! - tą deseczkę postawiła, że ostatni klient byłam ja, i pobiegła.... może do ubikacji, nie wiem... ale jeden batonik? Zamarłam, bo wciąż pakowałam zakupy – wiecie Państwo jak szybko w sklepach panie skanują, prawda (mam nadzieję, że to nie złośliwość, chociaż...)? Ja miałam minę zaskoczoną, ale to dziecko... z tym batonikiem... oczy wielkie, buzia w podkówkę... szkoda, że nie był słodką, małą dziewczynką. Nie wiem co z tymi dorosłymi, naprawdę! Na szacunek to trzeba sobie zasłużyć... Przynudzam...wiem wiem...

niedziela, 19 lutego 2012

Złość



 
Tak sobie ciągle myślę o tym co spotkało mnie i mojego dzieciorka z klasy gdy wracaliśmy z teatru. Wiecie, Państwo, złość, brak obiektywizmu, wyrozumiałości, empatii to taka broń masowego rażenia, która najbardziej uderza w tych wszystkich, którzy są fair/fer pod każdym względem.Zaraz dojdę do tego o co mi chodzi, ale nie byłabym sobą jakbym dygresyjki nie wcisnęła. Gdy wyruszyliśmy do teatru pogoda była kiepska dla dorosłych a fantastyczna dla dzieci, czyli śniegu po pas... i jeszcze dopadywał. Moje trzeciaki są fajne i w miarę rozsądne, ale wiadomo... to tylko dzieci. Więc maszerowałam z nimi przez miasto, a te stworki z buziami odwróconymi do nieba i z jęzorami na wierzchu, bo śnieg pada... a  podobno ma smak genialny, hi hi... I w tym momencie na nic zdały się zajęcia od "zerówki" prowadzone, doświadczenia dokonywane, że śnieg jest brudny i w ogóle ...be.... Jednak raczej przeżyją. Rozumiejąc sytuację - z prywatnym dzieckiem też już nie walczę, szkoda tracić energii - pilnowałam tylko aby szły w dobrym kierunku. I cóż. Ludzie na widok dzieci na ogół się uśmiechają - myślę, że są to osoby mające dzieci lub wnuki... ale jest hm hm "znamienita" większość, która przyjmuje założenie, że: Oto nadciągają niewychowane bachory. Nie wiem czy już nie spotkali się Państwo - jako rodzice (bo ja tak) , że dziecko jest na pewno niewychowane, rozpuszczone ... i  należy mu się lanie. Wspominałam już w jednym poście jak za nami krzyczał staruszek. Przechodząc z dziećmi przez miasto mam wrażenie jakby ludzie - w szczególności starsi ludzie (jak to jest?) - odmawiali nam prawa do poruszania się po ulicach. Zdarza się im nawet popychać dzieci - proszę się nie martwić, Moi Drodzy - o swoje dzieci walczę jak lwica i nic ich złego nie spotka dopóki widzę i wiem co się dzieje, ale jakim prawem? Wyładowują swoje złe nastroje na najsłabszych (czyt. dzieciach) mówiąc o dobrym wychowaniu, sami takowego nie okazując. Wracając z teatru, kuśtykał (chore nogi) za nami pan w wieku mocno średnim, prawie, że wciskając się na trzeciego między  dzieci poustawiane w pary. Nie wiem, nie dosłyszał, czy co...ale ze zwykłej rozmowy wywnioskował coś okropnego dla swoich uszu i wyobrażeń o tym jak powinno zachowywać się dziecko, że nakrzyczał: Coś ty powiedział!? Jak cię palnę w łeb to ja cię wychowam jak nie ma kto!  - Ludzie! Wmurowało mnie w chodnik. Odetchnęłam tylko po to aby zachować swój autorytet wśród dzieci i nie porozmawiać z panem na jego poziomie. Zwróciłam się do niego uprzejmie, aby mi wyjaśnił co powiedziało moje mądre i grzeczne dziecko (akurat na takie trafiło) co go tak wyprowadziło z równowagi. Pan nie umiał odpowiedzieć, za to powiedział, że on musi wychować to dziecko skoro go nikt nie umie wychować. I co? To "niewychowane" dziecko nic się nie odezwało, bo wyuczone jest aby z dorosłymi nie dyskutować. I kogo tu trzeba wychować? Wyjaśniłam panu (choć nie wierzę, że skutecznie), że do dzieci tak się nie mówi i sobie nie życzę takiego zachowania, i... umoralniałam go jeszcze trochę. Pan sapiąc strasznie (pewnikiem niewydolność oddechowa), nie dyskutował ze mną - potrafię widocznie mówić autorytarnym tonem - odszedł grzecznie od nas do swojego sfrustrowanego życia, w którym bije się dzieci... bo nie mają głosu, jak ryby. A wiedzą państwo co powiedziało dziecko? Coś o lodzie i , że jak jest, to się będzie ślizgać - dokładnie nie przytoczę, ale nic niewychowanego i niewychowanym tonem nie powiedział. Zła jestem na dorosłych. Wśród nas - dorosłych jest masę ludzi, którzy nie powinni dorosłymi się nazywać - dorosłość to nie tylko ukończone 18 lat. Żadnych rewelacji nie opiszę, wymieniając paskudne zachowania "dorosłych" -  w szczególności  paskudnych zachowań w stosunku do dzieci... bo mniejsi, słabsi... Tylko dlatego są traktowani przez "większych" z lekceważeniem. To dlatego "więksi" myślą, że mogą bezkarnie klepać dziecko po pupencji - w ramach kary, wrzeszczeć na dziecko... Ciekawe jakby Państwo zareagowali na klapsa od szefa - dlaczego nie? Albo mąż/ żona za karę klapsa sprezentuje...no? I na jeżyka, bo naczynia nie umyte...hi hi. Przepraszam, ale wyobraźnię mam bujną. Powiem szczerze - zdażyło mi się kiedyś poprosić dziecko aby stało za karę, wszelkie środki się wyczerpały, no i diablisko wręcz wylazło z niego... a jam człowiek i tylko to mnie tłumaczy. Zaraz też kazałam siadać, wyobrażając sobie wstyd jaki musi przeżywać. Wolę już z klasy wyprosić, z daleka od ciekawskich spojrzeń kolegów. Ważne jest aby nigdy w życiu karą nie poniżyć... upokorzyć... nie złamać... to jest ważne. I mam nadzieję, że udało mi się - tego do końca pewnym być nie można. Piszę o wszystkich ludziach. Nasze dzieci to są ludzie.
Jak w prawdziwym życiu - jest i druga strona. Prawdziwa druga strona medalu - wtedy kiedy zachowanie takiego człowieka jest nie-ludzkie, nawet nie-dziecięce, ale zdemoralizowane.
 Dorota Zawadzka wywołała dyskusję na Facebooku  o zachowaniach stosunku do   "niegrzecznych" (czyt. zdemoralizowanych) uczniów jakie wykazują   nauczyciele i rodzice terroryzowanych przez nich kolegów. No właśnie.Super- Niania pełna ufności w tego małego człowieka, który pewnie już przeżył w swoim życiu tyle złych historii, ile ja przez całe swoje życie (mam nadzieję) nie przeżyję. Pisała o kierowaniu rodziców na kursy rodzicielstwa... Mimo mojej całej sympatii do pani Doroty, właśnie ze względu na jej podejście do dziecka, w tym wypadku zgodzić się z nią nie potrafię. Oto moja odpowiedź:  
"Szkoła" walczy o "niegrzecznego" ucznia dotąd aż się wyczerpią możliwości. Możliwości jest wiele, ale i one nie starczają na niektóre dzieci. Nie ma możliwości współpracy z rodzicami w takim wypadku - są nastawieni przeciw... wszystkim i wszystkiemu. Od kiedy to możemy wysyłać na kursy dla rodziców? Przecież rodzice musieliby być ubezwłasnowolnieni lub szkoła musiałaby mieć władzę - tego przecież nie chcemy. Cóż Wy Państwo opowiadacie nie znając sprawy od drugiej strony. Gdy wszystkie środki "naprawcze" dostępne w szkole się wyczerpią, trzeba za priorytet brać bezpieczeństwo pozostałych dzieci. Wychowywać powinni przede wszystkim rodzice - szkoła za nich tego nie zrobi - nie da się naprawić popapranego życia takiego szkraba i rodziców, niestety. Czasem trzeba wybrać mniejsze zło. Pełna ideałów byłam dotąd, dopóki mojej córeczce takie "biedactwo" o mało co nie rozbiło głowy kamieniem, dopóki nie pogryzł mojej koleżanki... itp. Nie jego wina była - owszem, ale jak mu pomóc gdy jego rodzice chcą tylko spokoju? Nie tu jest problem, nie w szkole... gdzie indziej... W szkole dzieci mają się przede wszystkim uczyć, a nie patrzeć jak przez całą lekcję nauczyciel walczy z krnąbrnym uczniem. Przykro mi, ale myślę, że nie ma dla nich miejsca w szkole. Naprawdę przykro mi, ale tak myślę. Pozostałe dzieci nie mogą na tym ucierpieć.
Pisałam już, że szkoła to kiepski wynalazek. Tu można jeszcze dodać, że niestety, nie dla każdego ten wynalazek. Jak w życiu. Łotry, nieprzystosowani , niebezpieczni siędzą w zamknięciach. Straszne jest tylko to, że o takie odizolowanie "proszą się" już ci, którzy dopiero zaczynają swoje życie.. już na starcie mając je przegrane. Chodzi mi o uczniów zdemoralizowanych - zaznaczam, a nie o "zwykłe" wiercipięty.
Nie chcę robić nagonki na tych uczniów  - broń Boże. Niech Was, Drodzy Rodzice, nawet nie kusi. Chcę Państwu uświadomić jaki mamy (my - znaczy nauczyciele, dyrekcja szkoły) ciężki orzech do zgryzienia kiedy nasze przekonania i ideały spotykają się z sytuacją, w której nie ma wygranych - taki pat. A tutaj też zawiedli dorośli - ci najbliżsi - rodzice. Oj, zła jestem na dorosłych.

niedziela, 29 stycznia 2012

Polubić szkołę?







Szkoła bardzo często okazuje miejscem do którego dziecko przychodzi z radością, rodzice przychodzą z miłym uśmiechem na twarzy i chcą rozmawiać z nauczycielem, współpracować ze szkołą, przynosić dla dzieci cukierki, kartki do rysowania...naprawdę... To nie jest wizja przyszłościowej szkoły lub jakiejś innej idealistycznej wizji według Stanisława Lema. Tak się dzieje naprawdę. Tak się dzieje naprawdę w pierwszych dniach września, kiedy to nasze dziecko zaczyna chodzić do pierwszej klasy. Przypominają sobie Państwo? Cóż się stało, że nagle przestaliśmy* się interesować szkołą? Pozytywnie interesować... a nagle zaczynamy odczuwać niepokój przed przyjściem na rozmowę z nauczycielem, przed zajrzeniem do plecaka i obejrzeniem dzienniczka? Dlaczego nauczycielka stała się jakaś wredna i wymyśla „głupoty”? Dlaczego zaczynamy cieszyć się z każdego potknięcia nauczycieli i dyrekcji? Dlaczego nasze nastawienie tak bardzo się zmieniło od tych: pierwszych dni września, kiedy to nasze dziecko zaczyna chodzić do pierwszej klasy. Odpowiedź istnieje i być może, że nawet zdają sobie Państwo sprawę dlaczego tak jest... ale ja jeszcze ze swojej strony dołożę radę jak zmienić swoje negatywne myślenie i „złe” emocje związane ze szkołą jako instytucją.


Moi Drodzy! Szkoła to nie jest dobry wynalazek, ale niczego lepszego jeszcze nie wynaleziono – tak wrosła mi ta myśl w głowę, że traktuję ją jak własną... a przez pewien czas myślałam nawet, że ja to zdanie wymyśliłam... niestety, ostatnio odkryłam, że jednak nie. Zbyt dużo pedagogów to powtarza... pomyślałabym, że powtarzają po mnie gdyby nie to, że ich nie znam osobiście... No cóż. W każdym bądź razie ja – nauczycielka uwielbiająca swoją pracę – podpisuję się obiema rękami pod tą „złotą” myślą. A dlaczegóż? Dlatego, że (powtarzam za moim ulubionym anty – pedagogiem) szkoła sprawia, że na człowieku kończącym szkołę pozostaje piętno złego, średniego, niegrzecznego...i tak dalej... ucznia, z którego to piętna trudno mu się otrząsnąć przez długi okres swojego dorosłego już życia. Wielu z rodziców, którzy maja negatywne wspomnienia związane ze swoim „chodzeniem” do szkoły zaciska pięści i zęby na sam dźwięk dzwonka i głosu nauczyciela. Rozumiem. I już spieszę z pomocą.


W dużej mierze wynika to z oceniania. Właśnie dlatego, że nasze dzieci przynoszą do domu oceny zmieniamy swoje nastawienie do całej szkoły. Pomijając osobowość ludzi, którzy w szkole pracują i których możemy nie lubić, bo mamy swoje predyspozycje „lubienia”, przestajemy lubić wszystkich, bo: Oni wszyscy tacy sami. Budynek szkolny przestaje nam się podobać nie dlatego, że nagle kolory ścian wyblakły ale dlatego, że nasze dziecko przyniosło uwagę w dzienniczku. A jak dostał uwagę to? Żeby mnie nikt źle nie zrozumiał , uwagę dostał bo łamał zasady obowiązujące w szkole lub poza nią...ale odbieramy to tak: Mojemu dziecku jest źle w szkole, nikt go nie rozumie... a w ogóle szkoła jest nieprzystosowana dla dzieci, bo nie mogą się wyszaleć. Nikogo nie ganię za takie myślenie, co więcej... rozumiem... ba - nawet uważam, że zawsze rodzic powinien stać po stronie swojego dziecka, ale... No właśnie... ale... Odbieramy oceny naszego „dziubdziusia” i jego uwagi bardzo osobiście. Nie jako ocenę jego umiejętności i tego, że: musi jeszcze popracować, ale jako ocenę dziecka jako osoby. Nie dostał  złej oceny z „mnożenia” tylko: jest zły z matematyki! - to jest nasz przykładowy odbiór oceny. Moje dziecko jest słabe, złe, dobre, bardzo dobre – tak zazwyczaj odbieramy i dlatego jesteśmy sfrustrowani. Tymczasem, Moi Państwo, Państwa dzieci są cudowne, wspaniałe i najważniejsze na świecie i tak powinni Państwo myśleć. Ocena nie pokazuje jakie jest dziecko, ale co umie a czego jeszcze nie umie... nawet ocena z zachowania nie jest oceną Waszego dziecka, a jego zachowania. Gdy potraktują Państwo ocenę jako wskazówkę do pracy/ pomocy dziecku w opanowaniu treści, które mu są „potrzebne”, do zmiany jego zachowania na lepsze... gdyby tylko potraktowali Państwo ocenę jako wskazówkę, a nie osobistą ocenę Waszego dziecka... gdyby tylko...  Niech Państwo spróbują...









* Jestem mamą dziecka w wieku szkolnym i czuję się nie tylko nauczycielem, ale przede wszystkim rodzicem. Dzieci z którymi pracuję to również moje dzieci,więc często piszę: Nasze...a poza tym – „wszystkie dzieci nasze są”